Against, Chaos A.D, Infiltrate The System- muzyczne tropy wiodły do zatrważającego groove metalu, niecodziennego punk rocka i nowojorskiego hardcoru – Ale czy w moim wieku wypada jeszcze słuchać takiej muzyki? – Uzurpator z melancholią myślał o tym od kilku minut. – Czy gość taki jak ja, nie powinien powrócić do swych najgłębszych korzeni? Słuchać czegoś bardziej dostojnego, wyrafinowanego? Hildegarda z Bingen, Alfons X Mądry, Ciconia, Perotinus - Te i inne nazwiska zagrały mu w sercu najpiękniejszą muzyką – Tylko jakie to ma za znaczenie w naszych podłych czasach! – Nie mogąc rozstrzygnąć dylematu przestał bić się z myślami i machnął ręką; poderwał się z parapetu i nieoczekiwanie zatoczył.
Najwyraźniej oszołomiły go nikotyna brunatną plamą dławiąca płuca, papierosowy dym przyjemnie drażniący nozdrza i prażące z przestworzy słońce. W taki upał hałas sunących jezdnią samochodów doskwierał podwójnie, a wielkie, czerwone litery – Spożywczy - kusiły wizją butelek pełnych kolorowej, zmrożonej zawartości, równiutko ustawionych na półkach. Uzi tylko przez chwilę wahał się co robić, i po chwili wszedł do chłodnego wnętrza.
Znudzona, senna i bardzo blada kasjerka wydawała resztę jakiejś pani w sukience do złudzenia przypominającej koszulę nocną, a nieliczni klienci, snując się pośród półek, wrzucali do koszyków na pozór przypadkowe artykuły. Herbata, jakieś ciastka, sól. Uzurpator nie mógł patrzeć na tę zwykłą codzienną bieganinę wokół spraw przyziemnych a niezbędnych przecież. Niemal chyłkiem przemknął pomiędzy regały, ściągnął z któregoś największą butelkę i nie patrząc nawet co wybrał, pobiegł do kasy.
Chwilę trwało nim zapłacił, bo kasjerka najpierw popadła w zadumę i ze stanu medytacji wyrwało ją dopiero trzecie czy czwarte niecierpliwe chrząkniecie, stojącego przed nim, ostro zalatującego potem, faceta w podkoszulce. Ale potem poszło jak burza. Pani jakby na przekór wrażeniu że jest ospała teraz w trymiga zeskanowała kody kreskowe z produktów spoconego, pobrała gotówkę i oddała mu resztę. I w ułamku sekundy cały ten zabieg powtórzyła z butelką i pieniędzmi Uziego.
I znowu upał, od czasu do czasu maskowany przez drzewa wyrastające z kwadratów wyciętych w chodnikowych płytach. Nieliczni przechodnie, przeważnie japiszony wystawiający do słońca spocone głowy, kliku emerytów z uporem pokonujących kolejne metry trotuaru, jakieś półnagie laski, dzieciaki z lodami, wszyscy oni przemieszczali się z lewa na prawo, w te i we w te, tam i z powrotem.
Sygnał karetki wyrwał go z letargu. Uzi przepuścił jakąś staruszkę i ciężko oparł się o oścież, za nim trzasnęły drzwi prowadzące do sklepu. Karetka grzała pod prąd, od Kruczej, demolując cały samochodowy ruch na jezdni. Podniósł do góry rękę zaciśniętą na szyjce butelki. Nonszalanckim ruchem odkręcił plastikowy korek, rozległ się syk i w powietrzu rozszedł się zapach syntetycznych landrynek. Z wprawą zabełtał zawartością butli i przytknął ją do ust. Lodowaty, landrynkowy smród uderzył go w nozdrza i zaczopował kubki smakowe. Cierpki, lekko galaretowaty płyn sparaliżował mu język i leniwą ohydną strugą, przez gardło, popłynął do żołądka.
- Siara!!! – Skojarzenie z tanimi winami pijanymi w młodości wydało mu się bardzo na miejscu. Ale już po chwili zaczął zmieniać zdanie. Wbrew temu pierwszemu, nieciekawemu wrażeniu, nie było to takie złe. Zamlaskał, czubkiem języka pomacał przednie zęby i podniebienie, otarł wargę o wargę i zaintrygowany podniósł butelkę do oczu. Nazwa handlowa produktu nic mu nie mówiła. Za to napis napój energetyzujący dał mu do myślenia. Gdzieś coś słyszał o czymś takim. O uszy mu się obiło, czy co?
Popijając małymi łyczkami ruszył w kierunku Marszałkowskiej. Karetka wyjąc oddalała się w tą samą stronę. Z przecznic do ruchu włączały się kolejne samochody, piesi lawirowali między nimi, przechodzili z chodnika na chodnik, rozglądali się na boki.
- Typowa śródmiejska ulica, w stolicy kraju średniej wielkości, w krytycznym miejscu na mapie! – Pomyślał. I ta mapa z zaznaczonymi liniami frontu, ze strzałkami wskazującymi kierunki natarcia i rozdzierającymi kontur Polski na strzępy, od razu stanęła mu przed oczy. A zaraz potem, może dlatego że sierpień za pasem, miał wrażenie że idzie przez morze ruin, przeskakuje barykady zbudowane z gratów, wciąga w płuca zapach spalenizny i gnijących trupów – Moje miasto! - Z rozrzewnieniem pomyślał Uzi. – Mo-je mia-sto….. – Wyskandował w duchu.
Otarł łzę wzruszenia, próbującą niedyskretnie wytoczyć mu się z oka, przytomniej rozejrzał wokół i zmęczonym krokiem wtoczył się na Marszałkowską.
Zaraz za rogiem, na murku obok przystanku, siedział rozczochrany, z pasją dłubiący w nosie, młodzieniec w t-schircie z napisem Jest Gejem. Ręką operującą w okolicy nosa zasłaniał usta otwarte na całą szerokość i Uziemu ciężko było określić czy jednocześnie ziewa czy też zwyczajnie rozdziawił gębę wypatrując autobusu. – Co za obciach! – pomyślał Uzi, doczytawszy napis na bluzce dłubacza – Wszyscy jego szemrani kolesie rozjechali się w pizdu, do domów, a ta jedna sierota, co? Zawieruszyła się i będzie tu trwać do następnej parady? – Przez plecy przebiegł mu dreszcz obrzydzenia i z bólem popatrzył na asfalt pryncypialnej ulicy swego miasta, kilkanaście dni temu skalanej przemarszem dewianckiej demonstracji. Potem pomyślał jeszcze tylko, że frajer w tęczowej bluzeczce zamiast w nosie mógłby podłubać sobie zupełnie gdzieś indziej, ale ostatecznie uznał, że zaczyna trywializować ten poważny skąd inąd problem i wyrzucił nieszczęsną ciotę ze swej skołatanej upałem głowy.
Powiał lekki wietrzyk, przez chwilę dając ulgę rozgrzanym płucom. Ale zaraz odleciał chłodzić inne ulice i inne płuca. Uzi szedł leniwie, dopijając ostatnie krople lekko już ciepłego napoju i rozglądał wokół, w poszukiwaniu kosza na śmieci. No i wtedy się zaczęło! W ułamku sekundy poczuł wzbierającą w sobie siłę wulkanu, a gałązki małego dębowego krzaczka, teraz gwałtownie wzrastając, zaczęły konarami, od środka, rozrywać jego wątłe ciało. Wzbierała w nim wielka powodziowa fala, niszcząca na swej drodze wszelkie skrupuły, życiowe obawy, frustracje i troski. Ale wszystko to nic! Wreszcie zrozumiał, że najwyższy czas rozwinąć skrzydła, które do tej pory wstydliwie skrywał pod przepoconą podkoszulką. Że został stworzony po to, by latać!!! I teraz wszystko stało się jasne! To ten napój cudowny, energetyzujący, który dodał mu skrzydeł!! Podniósł do góry rękę i z wdzięcznością spojrzał na matowy plastik butelki.
Ale już po chwili butelkę odrzucił i stając w rozkroku gwałtownie, na próbę, zamachał rękami. Przechodzący obok ludzie odskakiwali, mijali go ze zdziwieniem i oglądając się za siebie, szli dalej w szarzyznę życia, kierat dnia, banał codzienności. Ale Uzi wiedział, że jeszcze dwa góra trzy machnięcia, tylko może silniejsze, pewniejsze i będzie ponad to wszystko. Ponad tych ludzi, ich problemy, niewydarzonego prezydenta, popierdolony parlament, Rosję, Unię Europejską, idiotyczną robotę, nieustający brak gotówki. Machał rękami coraz bardziej desperacko, z coraz mniejszą wiarą w dobry skutek.
Kosz na śmieci! Właśnie! Trzeba przecież pomóc swym niewprawnym jeszcze skrzydłom! Podbiegł truchtem, zadarł nogę i chwiejąc się trochę na boki, wdrapał się na betonowy pojemnik.
Z tej wysokości świat wydał mu się jeszcze bardziej mały, jeszcze bardziej podły, jeszcze bardziej niewart zachodu. Nie ma co tracić czasu! Ugiął nogi i gwałtownie, w stylu najlepszych narciarskich skoczków, wyprostował je. Jednocześnie zamachał rękami, odbił się od śmietnika i….. na krótką, zbyt krótką chwilę zawisł w powietrzu! A potem z hukiem, całym ciężarem, zwalił się na chodnik!!!
Nie wiedział co bardziej go boli. Guz na czole, rozbite łokcie, którymi usiłował się osłonić, kolana czy rozczarowana porażką, dusza! Wiedział, że przegrał i najbardziej wkurzała go teraz ta gromada frajerów stojących nad nim i debatujących kogo wezwać na pomoc. Pogotowie, policję czy zwyczajnie karetkę, która Uziego odwiezie wprost do domu wariatów? Lub izby wytrzeźwień?
Powoli, bardzo powoli zaczął podnosić się z ziemi. Ciżba, która jeszcze przed chwilą napierała na niego, czuł oddechy tych leszczy na plecach, teraz zafalowała i zaczęła się odsuwać, jakby w obawie, że zrobi coś jeszcze bardziej głupiego. Wstawał powoli, bo wszystko go bolało, ale głowa tak pełna swobodnie płynących myśli szybko zanalizowała przyczyny porażki.
Przede wszystkim nie ten energetyzujący napój wypił! To jasne! Ten, po którym się lata był inny, z całą ostrością dotarło to do niego w momencie zderzenia z chodnikiem. Przede wszystkim był droższy, więc na pewno lepszy! To proste, kupił tani, więc chujowy napój energetyzujący i efekt mógł być tylko taki jak ten przed chwilą. No i jeszcze za nisko się wdrapał. Jak mógł przepuszczać, że do rozwinięcia skrzydeł, do swobodnego startu, mógł mu wystarczyć zwykły śmietnik! Był już na kolanach i wstając na nogi, ponad głowami gawiedzi szukał czegoś wyższego. O właśnie, na przykład telefonicznej budki, którą kilkanaście metrów dalej wypatrzył bez kłopotu.
Ale najpierw do sklepu! Rozepchnął ludzi, nielicznych którzy jeszcze stali mu na drodze i nie bacząc na przejmujący ból, zaczął wypatrywać jakiegoś spożywczaka. Jednocześnie nerwowo klepał się po kieszeniach – Jeden napój to za mało – Oświeciło go - Muszę kupić ich kilka, chociaż ze trzy puszki, a jak się da, to więcej. Jeden na start, a reszta na drogę! – Szumiało mu pod kością ciemieniową – Ale dokąd ja właściwie chcę lecieć? Jaki zapas napoju kupić, jak przeliczyć pojemność puszki na kilometry? – Te i inne jeszcze myśli obijały mu się po szarych komórkach, podczas gdy oczy czujnie penetrowały wystawy i szyldy sklepowe.
Ale jak na złość w zasięgu wzroku żadnego spożywczego sklepu nie było, więc Uzi na lekko niepewnych nogach, ruszył na poszukiwania - Tato, tato!!! – Nie przerywając marszu obejrzał się w kierunku, z którego dobiegł go głos małej, pięknej jak anioł, o lekko bławych kędziorach, dziewczynki. Płacząc, jedną ręką szarpała za bluzkę niezbyt wysokiego gościa z siwą brodą. Ojca, czy dziadka? Trudno powiedzieć. A drugą pokazywała w kierunku wypełnionego helem balonu w kształcie białej kociej głowy z czerwoną kokardą. Balon szeleścił celofanem i leniwie unosząc się w górę, odlatywał w stronę Uziego.
Nie mógł postąpić inaczej! Nie byłby sobą. Na chwilę zapomniał o swoim problemie. Trzy szybkie kroki i już był na wysokości balonu. Jeszcze tylko nieporadny, okupiony bólem, skok w górę, i wyciągniętą ręką złapał nylonowy sznurek. Ten jeszcze przez chwilę wymykał mu się z ręki, ale Uzi mocno ścisnął dłoń i balon przestał unosić się w górę.
Przynajmniej na chwilę.
Rzeczywiście, balon zatrzymał się ale tylko na moment, bo już po chwili drgnął i ponownie, co prawda dużo wolniej niż poprzednio, lecz jednak, ruszył do góry. Stopy Uziego, do tej pory pewnie stojące na chodniku, najpierw nieznacznie drgnęły i już dosłownie za sekundę zaczęły odrywać się od podłoża.
Zbaraniał. Chciał zwrócić dziewczynce balon, ale nie mógł tego zrobić! Najpierw pięty, potem podeszwy, wreszcie palce traciły łączność z ziemią i nie trwało zbyt długo, a Uzi z powietrza oglądał kędzierzawą piękność płaczącą po stracie balonu. Choć na szczęście, jej płacz nie trwał zbyt długo, bo już po chwili, ku uldze Uziego, dziewczynka nie tylko płakać przestała ale najwyraźniej zaintrygowana widokiem balonu unoszącego się w niebiosa wraz z uczepionym do niego człowiekiem, zaczęła machać do Uziego ręką, śmiać się, skakać i jednocześnie obracać w miejscu.
I choć sytuacja była dramatyczna, Uzi pomyślał że, być może to jest wyjście! Zadarł do góry głowę i z wdzięcznością popatrzył na balonik Hello Kity. Potem z politowaniem spojrzał w dół, na miny przechodniów, tych szaraczków co to jeszcze kilka minut temu chcieli posłać go do psychiatry czy brali za pijaka. Popatrzył jeszcze na daszek telefonicznej budki, na który chciał się wdrapać z zapasem red bulli, a wreszcie pokontemplował uliczny ruch, malejące samochody i autobusy i malutkich jak mrówki ludzi. Tak to było wyjście!!! Odetchnął z ulgą po tej krótkiej i leniwej z powodu upału iluminacji. Potem po prostu zamknął oczy i poleciał ku słońcu.
27.07.2010 07:34
0
Wspomnienie niegdysiejszych upałów
skomentuj
Komentarze do notki0 |Zgłoś nadużycie
Ostatnie notki
-
Wspomnienie niegdysiejszych upałów
Against, Chaos A.D, Infiltrate The System- muzyczne tropy wiodły do zatrważającego groove metalu, niecodziennego punk...
27.07.2010 07:34 0 -
Pierwsza wiosenna burza
Skład dalekobieżnego pociągu był długi i jechał bardzo, bardzo powoli. Dobrą chwilę trwało, nim nie zatrzymując...
08.04.2010 08:58 0 -
Gorzkie żale przybywajcie....
O Matko! źródło miłości, niech czuję gwałt Twej żałości, dozwól mi z sobą płakać! –...
24.03.2010 08:24 0
Aktywne dyskusje
-
Dzień, w którym przemówił premier - wpis jedenasty
komentarze: 1ostatnio: KOBI
-
Smolbiznes - wpis dziesiąty
komentarze: 1ostatnio: ŻYCIE W NIEBYCIE
-
Kontrahent - wpis dziewiąty
komentarze: 1ostatnio: ŻYCIE W NIEBYCIE
-
bloger - wpis trzeci
komentarze: 1ostatnio: KEJOW
Archiwum postów
| « | Styczeń 2012 | |||||
| Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So | Nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | ||||||
| 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
| 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | |||||

